Przez lata postrzegałem siłownię jako miejsce, w którym można ukryć nadwagę. Nie dlatego, że byłam gruba – przed menopauzą nie miałam problemów z wagą. Po prostu biegałem na bieżni. Trzydzieści minut. Trzy razy w tygodniu. To zadziałało. Waga spadała. Ale tylko na tym mi zależało. Wytrzymałość? Mięśnie? Cokolwiek.
I wtedy pojawiła się moja matka.
Była otyła i borykała się z problemami zdrowotnymi. Widziałem, jak asystenci pielęgniarscy usiłowali ją podnieść. Ten obraz utkwił mi w głowie. Obym nie stała się taką kobietą. Zadbałam o to, aby moje ciało pozostało lekkie, ruchliwe i funkcjonalne. Ale pasywny.
„Zdrowie mojego ciała to nie tylko liczba na wadze – to bardziej skład mojej masy ciała”.
Przebudzenie przyszło w wieku 71 lat. Pandemia zrobiła swoje – dodała mi dwadzieścia kilogramów. Poczułem się ospały. A także samotna po przeprowadzce z dala od grupy przyjaciół. Dlatego zapisałem się do OrangeTheory. To intensywny program. Pracuj w określonych strefach tętna. I to skłoniło mnie do wykonania skanowania InBody.
Liczby były brutalne.
Większość mojej masy składała się z tłuszczu. Prawie żadnych mięśni. Spojrzałam na ekran zirytowana. Waga mówiła jedno, ale badanie mówiło co innego. Wtedy zdałam sobie sprawę: bycie szczupłą nie było już moim celem. Celem jest być ciasnym.
Wyznaczyłem cel. Zwariowany. Zamień pięćdziesiąt procent masy ciała na mięśnie. Daj mi dwanaście miesięcy.
Uczęszczałem do OrangeTheory trzy dni w tygodniu. Atakowałem interwały na bieżni, pokonując raz milę w ciągu siedmiu minut, żeby udowodnić sobie, że dam radę. Na rocznicę? Cel został osiągnięty. Połowa mięśni.
Tak właśnie było wtedy. Teraz mam siedemdziesiąt pięć lat.
Nie robię planów. Samoloty przypominają klatki. Jestem szczurem gimnastycznym, który chodzi samodzielnie. Jeśli jakiś sprzęt mnie wezwie, to na nim usiądę. Jeśli nie, pójdę dalej. Zwykle chodzę do Life Time Sports Club pięć do siedmiu dni w tygodniu. Barre – dwa razy. Zajęcia siłowe – dwukrotnie.
Taniec trzy lub cztery razy.
Naprawdę nie ze względu na spalone kalorie. W imię radości. Balet sprawia, że jestem towarzyska. Po zajęciach przechodzę do wolnych ciężarów. Klatka piersiowa, plecy, ramiona, nogi. Trzy podejścia. Dwanaście powtórzeń. Bez pośpiechu. Nie mam dni odpoczynku. Przynajmniej nie w pełnym tego słowa znaczeniu. Wystarczy aktywny ruch każdego dnia, aby pozostać silnym.
Jednak dwie rzeczy nie dają mi spokoju.
- Podciąganie pozostaje czymś, nad czym należy popracować. Nie mogę jeszcze tego zrobić bez pomocy. Ale w wieku 71 lat utknąłem przy 70% pomocy. Teraz? Pięć do sześciu powtórzeń przy użyciu 30%. Wystarczająco blisko.
- Mój życiowy rekord w desce wynosi około czterech minut i piętnastu sekund. Celem jest pięć minut. Dobrze jest pozostać nieruchomym, gdy świat się trzęsie.
Ludzie pytają, jaki jest sekret. Zwykle trzy rzeczy.
Znajdź ruch, który nie sprawia wrażenia pracy.
Nie musisz upodabniać się do samochodu, żeby dobrze wyglądać i czuć się solidnie. Dla mnie to była metoda prób i błędów. Niektóre treningi były dla mnie karą. Inne są jak flow, jak barre. Taniec zdecydowanie był dla mnie życiem. Musisz kochać ruch, inaczej zrezygnujesz. kochałem. Dlatego zostałem.
Ignoruj prędkość tłumu
Instruktorzy robią wszystko szybko. Naprawdę szybko. Próbowałem dotrzymać kroku, dopóki nie zdałem sobie sprawy, że po prostu macham szalą. Połączenie mózg-mięśnie wypadło przez okno. Więc teraz? Zwalniam. Opanuję powtarzanie. Znam swoje ograniczenia lepiej niż trener przed klasą. Bezpieczeństwo jest zawsze na pierwszym miejscu.
„Moje motto to powoli i konsekwentnie.”
Pamiętaj, kto ogląda
Jestem najstarszą duszą na prawie wszystkich zajęciach, do których uczęszczam. Dzieci o połowę młodsze ode mnie patrzą na mnie. Niektórzy mówią, że chcą wyglądać jak ja po siedemdziesiątce. Karmi coś głębszego niż ego. Karmi duszę.
Jeśli pokażę im, że można pozostać silnym do końca życia, może oni też w to uwierzą. Prawdopodobnie będę tu wracać choćby z tego powodu.
Kto wie.
